Tagged: nauka

Seminarium Nowe Otwarcie Uniwersytetu

Zapraszamy na spotkania seminaryjne dotyczące społeczno-kulturowych uwikłań i problemów współczesnego uniwersytetu. Seminarium jest kontynuacją refleksji rozpoczętej podczas serii spotkań dyskusyjnych oraz ogólnopolskiej konferencji pod szyldem „Nowe Otwarcie Uniwersytetu”. 23 kwietnia 2013 roku rusza druga edycja seminarium.

W programie proponujemy przede wszystkim teksty z zakresu filozofii społecznej, filozofii nauki, socjologii wiedzy, socjologii środowisk naukowych, antropologii społecznej, etnografii laboratorium, pedagogiki społecznej. Jesteśmy jednak otwarci na modyfikowanie pomysłów na zajęcia pod wpływem zainteresowań uczestników, także na propozycje kolejnych zajęć.

Będziemy spotykać się we wtorki o 18:00, raz na dwa tygodnie, w Warszawie, w lokalu Państwo/miasto na ul. Andersa 29 (przystanek „Muranowska”, 2 przystanki tramwajem lub 10 min spacerem od Metra Ratusz; kilka przystanków autobusem linii 116, 222 lub 503 spod bramy UW).

Każde spotkanie zaczyna się od 25 min. wprowadzenia, lub od 20 min. wprowadzenia i 15 min. głosu gościa-specjalisty/ki.

Proponowane przez nas lektury są podzielone na: „podstawowe“, których przeczytanie jest niezbędne dla pełnego uczestniczenia w seminarium, lektury „uzupełniające“ zagadnienia o kolejne konteksty lub narzędzia analityczne; wreszcie, lektury „uskrzydlające“, które proponujemy zainteresowanym dla dalszego pogłębienia tematu.

Prosimy o zgłoszenie chęci udziału w seminarium na adres noweotwarcie2011@gmail.com. Dzięki temu będziemy mogli Państwu wysłać lektury na kolejne seminaria w formacie PDF oraz ewentualnie dodatkowe informacje organizacyjne dotyczące seminarium.  Będziemy wdzięczni za podanie w zgłoszeniu informacji o Państwa afiliacji akademickiej, miejscu studiowania lub pracy (jeśli ma ona pewien związek z tematyką seminarium).

Poniżej pełny program tegorocznego seminarium. Program w formacie pdf tutaj. Strona lokalu Państwo/miasto tutaj.

SEMINARIUM 2012/2013
PROGRAM

23.04
Co to jest autonomia uniwersytetu?

wprowadzenie i moderacja: Dominika Michalak

O autonomii uniwersytetu mówi się dużo i niejasno. Na czym właściwie polegać ma niezależność akademii?  Od czego uniwersytet powinien się uniezależniać? Jak uzasadnić autonomię? Odpowiedzi będziemy szukać tutaj:

Lektury podstawowe:

Immanuel Kant, Spór fakultetów, Przedmowa i rozdz. I-IV, dowolne wydanie, czyli np. Wydawnicwto Rolewski, Toruń 2003, ss. 45-79. [34 str.]

Wilhelm von Humboldt, Organizacja instytucji naukowych [w:] B. Andrzejewski, Wilhelm von Humboldt, PW Wiedza Powszechna, Warszawa 1989, ss. 240-250. [11 str.]

Jürgen Habermas, J. i J. R. Blazek, The Idea of the University: Learning Process, New German Critique 1987, nr. 41, ss. 3-22. [20 str.]

Lektury uzupełniające:

Pierre Bourdieu, Homo Academicus, Stanford UP, California 2006, rozdz. II The Conflict of Faulties, ss. 38-72. [37 str.]

Osmo Kivinen,  Priviledges of Universitas Magistrorum et Scolarium and their Justification in Charters of Foundation from the 13th to the 21st Centuries, Higher Education 2006, nr. 52, ss.185-213. [29 str.]

7.05
Spór o umysły amerykańskich studentów

wprowadzenie i moderacja: Dominika Michalak

Wprowadzenie w życie akcji afirmatywnej na uniwersytetach oraz nieco późniejsze próby realizacji postulatów akademickiej lewicy dotyczących „umiędzykulturowienia” programów nauczania spotkało się z ostrą krytyczną reakcją wielu czołowych amerykańskich intelektualistów. Alana Blooma Umysł zamknięty to pierwsza i do tej pory najgłośniejsza z tych reakcji. Główna myśl tej książki – myśl, że międzykulturowość w programach nauczania oznacza barbaryzację humanistyki – wyznaczyła linię frontu w tzw. wojnach o kanon (sporach pomiędzy multikulturową lewicą a konserwatywnymi obrońcami zachodniego kanonu). Teksty Marthy Nussbaum i Richarda Rortyego pozwalają tych linii wykreślić jeszcze kilka, oferując nieco inne spojrzenie na zachodnie dziedzictwo i akademicką lewicę.

Lektury podstawowe:

Jerzy Szacki, Przedmowa do wydania polskiego, w: Martha C. Nussbaum, W trosce o człowieczeństwo: klasyczna obrona reformy kształcenia ogólnego, Wyd. DSH, Wrocław 2008, ss. 9-23 [15 str.]

Martha C. Nussbaum, Not for Profit: Why Democracy Needs the Humanities, Princeton UP, Princeton-Oxford 2010, rozdz. I i II, ss. 1-26 [26 str.] (zachęcamy do pozostałych, zwłaszcza VI).

Lektury uzupełniające:

Allan Bloom, Umysł zamknięty: o tym, jak amerykańskie szkolnictwo wyższe zawiodło demokrację i zubożyło dusze dzisiejszych studentów, Zysk i S-ka,  Poznań 1997, część III, rozdz. 3 Filozofia a społeczeństwo obywatelskie, ss. 305-319. [15 str.]

Richard Rorty, Spełnianie obietnicy naszego kraju, Wyd. Nauk. UMK, Toruń 2010, rozdz. 3 Lewica kulturowa, ss. 89-115. [27 str.]

21.05
Niewspółmierne kariery edukacyjne

wprowadzenie i moderacja: Piotr Szenajch

Edukacyjne trajektorie kształtowane są na długo zanim student przekroczy mury akademii. Odziałuje też na nie o wiele więcej społecznych i kulturowych czynników niż same instytucjonalne praktyki systemu szkolnictwa. To seminarium chcemy poświęcić problemowi nierówności edukacyjnych. Zastanowimy się nad tym, w jaki sposób system edukacji sprzyja dziedziczeniu pozycji społecznej. Czy szkoły znajdują nam miejsce w społeczeństwie?  Czy wychowują do awansu czy raczej stopniowo oswajają z porażką? Czy uniwersytet może być miejscem, w którym nierówności się wyrównuje? Pytania te zadamy w kontekście gwałtownych przemian w polskiej edukacji po 1989 roku.

Lektury podstawowe:

Do wyboru dwa z trzech poniższych tekstów:

Przemysław Sadura, Szkoła i nierówności społeczne, Raport Fundacji AMICUS Europae, http://www.feswar.org.pl/fes2009/pdf_doc/raport-3.pdf [27 str.]

Alicja Sadownik, Obraz systemu oświaty, codzienności szkolnej i własnej kariery edukacyjnej w narracjach uczniów zawodowej szkoły specjalnej i prestiżowego liceum [w:] A. Mięczkowska-Christiansen; P. Mikiewicz (red.), Idee – Diagnozy – Nadzieje : szkoła polska a idee równości, Wyd. Nauk. DSW, Wrocław 2009, ss. 171-204 [35 str.]

Tomasz Szkudlarek,  Edukacja i konstruowanie społecznych nierówności, [w:] Fenomen nierówności społecznych, red. J. Klebaniuk,  Eneteia – Wydawnictwo Psychologii Kultury, Warszawa 2007, ss. 31-52 [22 str.]

Lektury uzupełniające:

Burton R. Clark, The „Cooling-Out” Function in Higher Education, The American Journal of Sociology 1960, nr 6, tom 65, ss. 569-576.  [8 str.]

Pierre Bourdieu, Jean-Claude Passeron, Reprodukcja: elementy teorii systemu nauczania, przeł. Elżbieta Neyman, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2006, rozdz. 3, Eliminacja i selekcja, ss. 231-276. [46 str.]

Lektury uskrzydlające:

Richard Sennett, Szacunek w świecie nierówności, przeł. Jan Dzieżgowski, Muza, Warszawa 2012.

Erving Goffman, Cooling the mark out. Some Aspects of Adaptation to Failure, Psychiatry  1952, tom XV, ss. 451-463; http://www.tau.ac.il/~algazi/mat/Goffman–Cooling.htm [13 str.]

4.06
Indywidualistyczne oko naukowca

wprowadzenie i moderacja: Piotr Szenajch

Opisy mechanizmów działania pola naukowego i procesów konstruowania odkrycia naukowego dokonane przez Ludwika Flecka, Floriana Znanieckiego, Thomasa Khuna czy Pierre’a Bourdieu; z drugiej zaś strony refleksja o dyskursywnym charakterze wytwarzania wiedzy naukowej – wydawały się ostatecznie rozprawiać z naiwnym indywidualizmem w myśleniu o nauce. Jednak indywidualizm taki wydaje się dziś w najlepsze zarządzać polskimi dyskusjami o nauce i szkolnictwie wyższym. Zawiaduje także językiem polskich reformatorów, którzy chcą wspomagać publicznymi środkami jedynie „najlepszych”, „najzdolniejszych” , „utalentowanych”, „diamentowych” nie bacząc na społeczne pochodzenie i uwarunkowanie kompetencji, o których mówią. Celem spotkania będzie przypomnienie pewnych wątków z dyskusji o późnonowoczesnym indywidualizmie. Zastanowimy się na jakie sposoby wątki te wciąż oddziałują na myślenie o uniwersytecie, wspierają nie tylko  oświeceniowo-romantyczną wizję naukowca jako autonomicznego poznającego podmiotu obdarzonego geniuszem i misją, ale też na przykład “metodologiczny indywidualizm” części nauk społecznych.

Lektury podstawowe:

Mary Douglas, Risk and Blame. Essays in cultural theory.  Routledge, London and New York, 1996, rozdz. Thought style exemplified: The idea of the Self, ss. 211-234 oraz wstęp, ss. ix-xii. [28 str.]

Pierre Bourdieu, Medytacje pascaliańskie, przeł. K Wakar, Oficyna Naukowa, Warszawa 2006, rozdz. 2, podrozdz. Moralizm jako egoistyczny uniwersalizm, ss. 94-105 [12 str.]

Lektury uzupełniające:

Charles Taylor, Źródła podmiotowości, Wyd. Nauk. PWN, Warszawa 2001, rozdz. Zwrot ekspresywistyczny, ss. 677-683, 690-701, 718-721  [23 str.]

C. B. Macpherson, The Political Theory of Possesive Individualism. Hobbes to Locke, Oxford University Press, London Oxford, New York 1962, rozdz. Possessive Individualism and liberal democracy, ss. 263-277. [15 str., clue na pierwszych 3 stronach]

Lektury uskrzydlające:

Pierre Bourdieu, Medytacje pascaliańskie, przeł. K Wakar, Oficyna Naukowa, Warszawa 2006, rozdz 2. Trzy formy błędu scholastycznego, ss. 73-120. (cały rozdział) [48 str.]

Robert N. Bellah, Richard Madsen, Wiliam M. Sullivan, Ann Swindler, Steven M. Tipton, Skłonności serca. Indywidualizm i zaangażowanie po amerykańsku, WAiP, Warszawa 2007, rozdz. Indywidualizm, ss. 263-292 [30 str.]

18.06

Temat ostatniego seminarium uległ zmianie. Dyskutowany tekst B. Jessopa został przesłany uczestnikom poprzednich spotkań. Pozostałych ewentualnych zainteresowanych (lekturą i uczestnictwem w seminarium) prosimy o kontakt mailowy. 

Normy versus fakty. W jaki sposób przekuć wiedzę o tym, co jest, na to, co być powinno (czyli na przykład na treść przepisów prawa)?

wprowadzenie i moderacja: Magdalena Małecka

Dyskusje na temat wprowadzania zmian w prawie, reform określonych sfer życia społecznego, na ogół toczone są w oparciu o założenie, że prawo wpływa na rzeczywistość społeczną. Tymczasem filozofowie od dawna problematyzują zagadnienie relacji między normami a faktami.

Sformułowanie poglądu, że z faktów nie można (w drodze rozumowań) wyprowadzić norm, przypisywane jest Davidowi Hume’owi. Sam pogląd zaś znany jest w filozofii jako ‘gilotyna Hume’a’. Chciałabym przybliżyć uczestnikom seminarium dyskusję toczoną na temat relacji między normami a faktami w filozofii moralnej oraz w filozofii prawa. Przede wszystkim jednak pragnę wskazać na aktualność tego zagadnienia w refleksji nad działaniami prawodawczymi nowoczesnych państw, które nieustannie stanowią prawo, z jednej strony odwołując się do wiedzy na temat faktów, z drugiej zaś usiłując wpływać na fakty (w szczególności na zachowania adresatów norm). Czyżby zatem problem był pozorny? A może praktyka polityczna i prawodawcza oparta jest na łatwych do podważenia założeniach? I czy mamy powody, aby się tym, jako osoby, którym bliska jest sprawa reformy uniwersytetu, przejmować?

Lektury podstawowe:

Lech Morawski, Główne problemy współczesnej filozofii prawa. Prawo w toku przemian, rozdz. III, Warszawa 2003, ss. 79-118. [40 str.]

David Hume, Traktat o naturze ludzkiej, t. II, Warszawa 1963, ss. 258-259. [2 str.]

Lektury uzupełniające:

Jürgen Habermas, Between facts and norms, rozdz. I, The MIT Press 1996, ss. 1-41. [41 str.]

Ronald Dworkin, Biorąc prawa poważnie, rozdz. I, Warszawa 1998, ss. 19-41 [24 str.]

Richard Posner, The problems of jurisprudence, rozdz. 12, Harvard University Press 1990, ss. 353 – 392  [40 str.]

Lektury uskrzydlające:

Hans Kelsen, Pure theory of law, University of California Press 1967, ss. 30-54, 70-100, 198-214.  [95 str.]

Rok akademicki 2013-2014
wstępne propozycje kolejnych spotkań:

Dyskretny urok Ameryki

wprowadzenie i moderacja: Anna Klimczak

Dla uzupełnienia dyskusji o amerykańskim uniwersytecie, chcielibyśmy porozmawiać o amerykańskim społeczeństwie. Atrakcyjność amerykańskiego modelu życia społecznego została ostatnio podważona przez ruch Occupy i mocno nadszarpnięta przez kryzys ekonomiczny. Choć Ameryka więcej obiecuje, niż spełnia, to wciąż uwodzi. Dla wielu polityków stanowi pozytywny punkt odniesienia i wzór do naśladowania. Na czym polega fenomen amerykańskiego społeczeństwa? Odpowiedzi poszukamy w lekturach:

Lektury podstawowe:

Robert N. Bellah, Richard Madsen, Wiliam M. Sullivan, Ann Swindler, Steven M. Tipton, Skłonności serca. Indywidualizm i zaangażowanie po amerykańsku, WAiP, Warszawa 2007 (fragmenty)

Robert D. Putman, Ciemna strona kapitału społecznego, [w:] Samotna gra w kręgle, WAiP, Warszawa 2008, ss. 573-594.

Charles Reich, Zieleni się Ameryka, Książka i Wiedza, Warszawa 1976, (fragmenty)

Lektury uzupełniające:

Teresa Hołówka, Delicje ciotki Dee, Prószyński i S-ka, 1994.

Maria Ossowska, Klasyczny model moralaności mieszczańskiej: Beniamin Franklin, [w:] Moralność mieszczańska, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wydawnictwo PAN, ss. 74- 101

Czy pragniemy Maja?

wprowadzenie i moderacja: do ustalenia

Marzenie o uniwersytecie zaangażowanym i społecznie odpowiedzialnym często wiąże się z nostalgią za słynnymi wydarzeniami Maja 1968, a zwłaszcza za silnie kojarzonymi z tymi wydarzeniami formami protestu i demokracji bezpośredniej. O wydarzeniach majowych i ich “dziedzictwie” napisano wiele tomów, jednak w Polsce, zwłaszcza wśród młodszych uczestników społeczności akademickiej, refleksja ta jest znana w niewielkim stopniu.

Na seminarium chcemy zaprosić historyków i specjalistów innych dziedzin, którzy zajmują się i interesują Majem’68. Temat ten może zostać rozpisany na więcej niż jedno spotkanie seminarium. Poniżej kilka propozycji lektur – do ustalenia.

Paul Berman, Opowieść o dwóch utopiach, Ewolucja polityczna pokolenia ’68, przeł. Piotr Nowakowski, Universitas, Kraków 2008, rozdz. Moralny profil pokolenia baby boomu, ss. 18-114.

Pierre Bourdieu, Moment krytyczny (fragment Homo academicus), przeł. Maciej Gdula, Krytyka Polityczna nr 6, ss. 66-92

Clauss Offe, Rok 1968 trzydzieści lat później. Cztery hipotezy o historycznych następstawach ruchu studenckiego, przeł. Marcin Miłkowski, Krytyka Polityczna nr 6, ss. 126-131.

Raymond Aron, Widz i uczestnik: z Raymondem Aronem rozmawiają Jean-Louis Missika i Dominique Wolton przeł. Adam Zagajewski, Czytelnik, Warszawa 1992, rozdz. Lewica zmienna i niezmienna. Maj 1968, ss. 245-266.

Vincent Descombes, To samo i inne. Czterdzieści pięć lat filozofii francuskiej 1933-1978, Spacja, Warszawa 1997.

Studia doktoranckie w Polsce – łatwo zacząć, trudniej skończyć

Dominika Michalak

Czego można się dowiedzieć o doktorantach z raportów GUS na temat szkolnictwa wyższego? Między innymi – że doktorantów przybywa szybko, a doktorów wolno. Doktoranci odpadają ze studiów lub kończą je z dużym opóźnieniem. Komentarz po debacie „Proletariat wiedzy – doktoranci i doktorantki w polskim szkolnictwie wyższym”

5. marca 2013 NOU miało przyjemność uczestniczyć w debacie pt. „Proletariat wiedzy – doktoranci i doktorantki w polskim szkolnictwie wyższym” zorganizowanej przez łódzką Świetlicę Krytyki Politycznej i Obywateli Nauki. Posłaliśmy na front jednoosobową reprezentację (pojechała tam wyżej podpisana).

Dostałam od organizatorów zadanie: powiedzieć coś o społecznych uwarunkowaniach studiów doktoranckich. Zadanie – beznadziejne, bo brakuje reprezentatywnych danych choćby na temat poziomu zamożności, społecznego pochodzenia czy rodzinnych obciążeń doktorantów. O sytuacji tej grupy w skali całego kraju można co najwyżej spekulować na podstawie bardzo podstawowych (ale za to zbieranych regularnie) danych GUS oraz rozporządzeń MNiSW dotyczących np. stypendiów. Starałam się mimo wszystko jakoś to moje zadanie wypełnić. Poniżej – to, co udało mi się powiedzieć podczas debaty oraz przemyśleć i uzupełnić po niej.

Bardzo podstawowe dane GUSu to przede wszystkim informacje o liczebności doktorantów i liczbie obronionych doktoratów zawarte w rocznych sprawozdaniach „Szkoły wyższe i ich finanse” (http://www.stat.gov.pl/gus/5840_1177_PLK_HTML.htm)        i „Nauka i technika w [tym a tym] roku” (http://www.stat.gov.pl/gus/5840_2243_PLK_HTML.htm).

Z osobna dane te prezentują się tak:

Tabela1

Tabela2

W zestawieniu zaś wyglądają tak:

Rysunek1

W ciągu ostatniej dekady liczba doktorantów rosła przeciętnie szybciej od liczby nadanych stopni doktora (dane z pierwszej dekady trudno porównywać, ale o tym – później). Oznacza to, że doktoranci pisali rozprawy wolniej lub częściej odpadali ze studiów. Upraszczając, można powiedzieć, że system kształcenia doktorów okazywał się coraz mniej wydolny.

Jak powinien działać system efektywny? Przyjmijmy, że studia powinny trwać średnio 5 lat i kończyć się doktoratem. Załóżmy też, optymistycznie, że nikt z doktorantów nie odpada. W takim wypadku liczba przyjętych na studia w okresie P1 powinna odpowiadać liczbie doktoratów w okresie P2 o tej samej długości, ale zaczynającym się pięć lat później. Trudno ocenić efektywność systemu, w którym wiele się zmienia. Poniżej przedstawiam dwie przybliżone miary efektywności. (NOU z wdzięcznością przyjmie inne propozycje jej oceny).

Załóżmy, że od roku 2000 system działał według zaproponowanego wzoru. Na podstawie danych o liczbie doktorantów w roku 2000 i liczbie obronionych prac rok później obliczamy, ilu według modelu w 2000 było doktorantów lat I-IV. Jeśli tę liczbę odejmiemy od liczby doktorantów w roku następnym, otrzymamy modelową liczbę studentów pierwszego roku w 2001. Wykonujemy analogiczne obliczenia dla kolejnych lat. By wszystko było jak w zaproponowanym modelu efektywnego systemu, każdy doktorant pierwszego roku w roku X powinien zdobyć stopień doktora w roku X+5. Zgodnie z tą regułą łączna liczba doktorantów pierwszorocznych w latach 2001-2006, powinna odpowiadać łącznej liczbie doktoratów od roku 2006 do roku 2011. Powinniśmy się więc spodziewać, że w drugim okresie obronionych zostanie łącznie ponad 39 tys. prac doktorskich, czyli o ponad 6700 więcej niż w rzeczywistości.

Tabela3

Inną, lepiej obrazującą trend, miarą „wydajności” studiów doktoranckich może być średnie roczne tempo wzrostu liczby doktorantów i liczby doktoratów w analogicznych okresach (czyli dla nas odpowiednio 2001-2006 i 2006-2011). W przypadku doktorantów (w latach 2001-2006) wyniosło ono +4%, w przypadku doktorów (w latach 2006-2011) ok. –2,5%.

*

Ten uproszczony rachunek efektywności „systemu produkcji doktorów” nie bierze pod uwagę doktoratów bronionych eksternistycznie (gdyby wziąć je pod uwagę wyniki byłyby gorsze). Ponadto takie mechaniczne ujęcie problemu zaciera nieco wagę zmian instytucjonalnych, które nastąpiły w ciągu dwóch dekad po transformacji: wypierania asystentury przez studia doktoranckie (i za tę uwagę dziękuję Katarzynie Suwadzie) oraz wprowadzenia systemu bolońskiego (co jest tematem na osobny artykuł, jeśli nie całą książkę).

Na początku lat dziewięćdziesiątych doktoraty robili często naukowcy zatrudnieni w charakterze asystentów, związani z uczelnią umową o pracę, będący dla niej pewnym kosztem, ale i – inwestycją. Dekadę później asystentura zaczęła znikać z większości uczelni (Tabela 4) – zaczęło więc ubywać i doktorantów-asystentów. Dziś doktorant to „uczestnik studiów trzeciego stopnia” – poniekąd student, poniekąd młody naukowiec, w każdym razie – źródło dochodu (z dotacji stacjonarnej) dla wydziału. Na czym polega różnica pomiędzy tymi dwoma statusami doktoranta: asystenckim i obecnym?

Teoretycznie tkwi ona w sile więzi, wzajemnych lojalności. Instytucja asystentury zakładała, że asystenta z jego macierzystą jednostką wiąże nie tylko umowa z pracodawcą, ale i dłuższy czasowy horyzont współpracy – asystent to przyszły adiunkt, który może się spodziewać, że jego dalsza kariera będzie przebiegać wśród tych samych ludzi. Wszystkim w takim układzie powinno bardziej zależeć na jakości jego pracy naukowej i na tym, by ów asystent kiedyś doktorat napisał. Dzisiejszy system jest zupełnie inny – większość doktorantów nie ma stypendium (Tabela 5), nie jest pracownikami swoich jednostek, a szanse na to, że kiedyś znajdą tam zatrudnienie, są mizerne. Piszą rozprawy doktorskie dla siebie – i jeśli wypali się zapał lub wyschną źródła utrzymania, pracę tę porzucają. Uczelnia daje im niewiele, zwykle niczego nie obiecuje, a co nieco pobiera z państwowego budżetu na ich kształcenie. Nie za bardzo wiadomo, co jedna strona jest w tym układzie winna drugiej (i odwrotnie). Obie są dla siebie dość nieprzewidywalne. W tym luźnym układzie mandat do oczekiwania, że studia doktoranckie zakończą się dobrym doktoratem, ma chyba tylko podatnik. Oczekiwania podatnika – zwłaszcza niewyartykułowane, a tylko domyślne – nie rodzą jednak szczególnie silnych zobowiązań ani wśród zarządzających studiami doktoranckimi, ani wśród doktorantów.

Tabela4

W teorii przewaga asystentury doktorantów nad „studiami trzeciego stopnia” jako metody „produkcji” doktorów wydaje się niewątpliwa. Z jakichś powodów jednak ta pierwsza zaczęła z polskich szkół wyższych znikać. Czy to dlatego, że asystentury nie chcą lub nie są w stanie sfinansować wydziały? Czy raczej dlatego, że młodym doktorom lub doktorantom nie wydaje się szczególnie atrakcyjna w porównaniu z ofertą rynku pracy? Pewnie raz tak, raz – inaczej. Twardych danych w tej sprawie brak.

*

Dalsze rozważania dotyczą sytuacji doktorantów w ciągu ostatniej dekady, a więc w przeważającej mierze doktorantów nie-asystentów. Wielu z nich najwyraźniej nie pisze doktoratów. Czy dlatego, że na coraz bardziej zatłoczone studia doktoranckiej trafiają coraz częściej ludzie do tego niezdolni? Czy może dlatego, że doktoranci wcale nie zamierzają czegokolwiek pisać? A może po prostu zbyt trudno jest wyżyć z pracy naukowej, by doktorat dało się traktować serio?

Pierwsze wyjaśnienie trudno sprawdzić – bo czym właściwie miałaby być „niezdolność do napisania doktoratu”? Niektórzy twierdzą, że im większa liczba doktorantów, tym gorsza musi być ich jakość i z upodobaniem opowiadają o „ludziach po prostu głupich”, którzy doktorantami być nie powinni. Inni mówią, że „jakość doktorantów” obniża się, kiedy wydziały przyjmują ich więcej niż są w stanie w przygotowywaniu rozprawy merytorycznie wesprzeć. Pierwszych chciałoby się poprosić o jakąś operacyjną definicję „głupoty po prostu”, definicję, która nie będzie ani wyrazem uprzedzeń ani przechwałką. Drudzy chyba mają sporo racji, choć ich tezę nieco podkopuje fakt, że w latach 2000-2011 profesorów, docentów i adiunktów będących nauczycielami akademickimi – a więc potencjalnych promotorów (choć wśród adiunktów są i doktorzy, którzy dopiero od niedawna mogą sprawować funkcję promotorów pomocniczych) – przyrastało w tempie tylko nieco wolniejszym niż doktorantów. W porównaniu z rokiem 2000, w 2011 przybyło nauczycieli akademickich: profesorów o 50%, docentów o 165%, adiunktów o 50%, doktorantów o 57% (źródło: GUS,).

Można się czasem spotkać z opinią, jakoby doktoranci „masowo” zadowalali się dyplomem ukończenia studiów i nie zamierzali już pisać doktoratów. Doniesienia te zdają się jednak przesadzone. Liczba dyplomów ukończenia studiów doktoranckich wydanych w 2011 wyniosła, według GUS, 4379 – gdyby nawet założyć, że studia doktoranckie (do momentu uzyskania dyplomu) trwają 5 lat (a w normalnej sytuacji powinny trwać 4), to spodziewalibyśmy się ok. 1300 absolwentów więcej (obliczone – jak w przypadku Tab. 3). Wielu doktorantów starszych lat na dyplom ukończenia studiów po prostu gwiżdże, ale to nie znaczy, że nie zaczynali studiów z zamiarem dobrnięcia do planowego finału.

Może więc niewydolności systemu winien jest sposób finansowania studiów?

GUS podaje, że nakłady z budżetu państwa na stypendia dla studentów i doktorantów od 2009 wzrosły o 105 mln PLN – do 1 664 mln PLN. Oprócz stypendiów z dotacji ministerialnej (rejestrowanych przez GUS – Tabela 5) doktoranci mogą się ubiegać jeszcze o stypendia FNP, stypendia fundowane przez samorządy regionalne, granty badawcze itp. Wiemy też, że od paru lat rosną nakłady na naukę jako odsetek PKB. Możliwości zdaje się przybywać, ale wydolność doktoranckiej części systemu się nie poprawia.

Dostępne formy wsparcia materialnego nie wystarczają do sfinansowania badań wszystkich osób przyjętych na studia doktoranckie (inna sprawa, że nie wszyscy sądzą, że tak być powinno). Według GUS stypendiów nie mają cztery piąte doktorantów (Tabela 5, GUS wprawdzie nie bierze pod uwagę wszystkich typów stypendiów, ale należy się spodziewać, że w przypadku stypendiów o charakterze naukowym działa prawo kumulacji – kto ma jedno, temu łatwiej zdobyć kolejne, bowiem kryteria konkursowe są podobne). Budżet grantów NCN Preludium wystarcza na finansowanie badań niewielkiego odsetka młodych badaczy, a poza tym – ostatnio nieco się skurczył (Tabela 6). Ale to chyba nadal nie jest wystarczające wyjaśnienie szybko rosnącej rozbieżności pomiędzy liczbą doktorantów a liczbą nadawanych stopni doktora – bo z pieniędzmi na pierwszym etapie studiów nigdy nie było dobrze.

Tabela5

Tabela6

Historii odpadania ze studiów doktoranckich jest pewnie tak wiele jak doktorantów. Sprawa wymagałaby przebadania. Gdyby tylko MNiSW zainteresowało się tą sprawą i zleciło ogólnopolskie badanie na ten temat! Badanie tych, którym się nie powiodło, i tych, którzy mieli serdecznie dosyć, stanowiłoby chyba niezłą podstawę do namysłu nad tzw. „czynnikami sukcesu” – być może lepszą niż badania „ludzi sukcesu”.

Rozsądek podpowiadałby, że w generalnie marnych warunkach ekonomicznych, z jakimi mamy do czynienia w przypadku studiów doktoranckich, podstawowym „czynnikiem sukcesu” powinny być prywatne zasoby (bogaci rodzice, mąż lub żona, świetnie płatna i mało angażująca praca, niedawna wielka wygrana na wyścigach konnych). Zwolennicy tej tezy mówią, że studia doktoranckie to studia dla najbogatszych. Nie wyjaśniają jednak, dlaczego ci najbogatsi mieliby jeszcze pocić się nad doktoratami. I dlaczego w Polsce? Czy doprawdy nie ma większych atrakcji? Przyjemniejszego klimatu? Może studia doktoranckie dzisiaj to raczej studia dla „średniaków” – osób, które w razie życiowej awarii mają się na kim mocniej oprzeć, więc mają też względny luksus dążenia do tego, by robić to, co dosyć lubią.

Jeśli większość doktorantów to „średniacy” (reprezentatywnych danych brak),  to co jeszcze może ich powstrzymać przed napisaniem pracy?

Poniżej przedstawiam kilka hipotez na temat przyczyn porzucania studiów. Uwaga, to tylko spekulacje sformułowane (żartobliwie) na podstawie tysiąca pełnych gorzkiej ironii, przyjacielskich rozmów na temat doktoranckiej doli, w których autorka (ostatecznie, doktorantka) brała udział.

  1. Hipoteza obrzydliwego rynku pracy – doktorant bez stypendium, a czasem i z czesnym do opłacenia, idzie do pracy. A tam jest, jak jest – zatrudniony na pół etatu, pracuje de facto na cały, samozatrudniony – pracuje na dwa. Po pracy zmęczony wraca do domu. Wreszcie mówi sobie „po co mi to?” i rzuca studia. Praca nadal jest okropna, ale przynajmniej niepisanie doktoratu przestaje dręczyć.
  2. Hipoteza atrakcyjnego rynku pracy – pewnego dnia doktorant odkrywa, że poza uczelnią cenią jego zdolności i płacą za ich wykorzystywanie, znajduje pracę niemniej twórczą od pisania doktoratu, które – w związku z tym – porzuca.
  3. Hipoteza przebudzenia – młody człowiek otrzymuje zaproszenie na studia doktoranckie, np. takie: „Pana/i praca jest naprawdę wybitna. Byłaby to niepomierna strata dla Wydziału, gdyby nie zamierzał/a Pan/i jej kontynuować na studiach doktoranckich”. Po roku lub dwóch odkrywa, że dał się zahipnotyzować pochwałą, że jest przeciętny, a ewentualna strata dla Wydziału z tytułu jego odejścia odpowiada dokładnie wysokości państwowej dotacji na doktoranta przeliczeniowego. Boli go, że nie pomyślał wcześniej i nie zdążył zapytać, czy uroczyste zaproszenie na studia doktoranckie oznaczało, że ktoś go chce zatrudnić, sfinansować jego badania itp. Teraz widzi, że nie. Budzi się, wstaje lewą nogą i opuszcza akademickie mury.
  4. Hipoteza obrzydliwego uniwersytetu – młodzi zdolni, ale wciąż niedoświadczeni, po paru latach na uniwersytecie czują, że są starzy, słyszą, że są głupi, zdają sobie sprawę, że dali się wplątać w rozmaite personalne rozgrywki i że nawet promotorowi nie zależy na tym, żeby napisali doktorat. Jak w dowcipie o niesmacznym jedzeniu w małych porcjach, zdają sobie również sprawę, że nie mają cienia szansy na choćby częściowe zatrudnienie na tym obrzydliwym uniwersytecie. Chcą pojechać nad morze. Pożyczają samochód i jadą. I tyle ich widzieli.
  5. Hipoteza fajnego uniwersytetu, ale obrzydliwego doktoratuna uniwersytecie jest fajnie, ale ten doktorat naprawdę trzeba napisać. Samotna nuda. Nie ma mowy!
  6. Hipoteza sumy frustracji cząstkowychziarnko do ziarnka… Doktorant ma niejasne poczucie, że już nie może, że to wszystko jest nie do zniesienia. Mówi „dość!” i zaczyna szybko pisać albo natychmiast przestaje.

Jest w Polsce kilka wydziałów, które nie przeliczają doktorantów jedynie na dotację stacjonarną, otaczają ich dostateczną opieką merytoryczną i organizacyjną. Pewnie na przynajmniej kilku innych sytuacja się poprawia. Nie brakuje też młodych uczonych, którzy wiążą doktorancki koniec z końcem dzięki państwowym grantom i stypendiom. Zapewne są i pasjonaci, którym powodzi się wprost świetnie i którzy dzięki prywatnym zasobom spokojnie sobie żyją, badają i piszą, a wsparcie instytucjonalne w ogóle ich nie interesuje. Ale jest też i całkiem zwykła reszta, która ze studiów odpada. Wygląda w dodatku na to, że liczebność tej grupy rośnie.

Feminizacja polskich uczelni?

Podczas debaty Marcin Zaród z KP mówił o feminizacji studiów doktoranckich jako feminizacji biedy. To w gruncie rzeczy trzy tezy w jednej. Pierwsza mówi o feminizacji studiów doktoranckich i znajduje pewne poparcie w danych. W latach 1999-2011 udział kobiet w populacji doktorantów wzrastał równomiernie od poziomu 44% do 53%. Czy jednak 53% to już feminizacja? I jaki jest odsetek kobiet na innych szczeblach akademickiej hierarchii?

            Udział kobiet wśród doktorantów wzrastał w ostatnich latach we wszystkich typach szkół (Tabela 7), w 2011 w porównaniu z 2004 wzrósł też w prawie wszystkich dziedzinach (Tabela 8).

Tabela7

Tabela8 

Wśród doktorów, którym nadano ten stopień w 2011, kobiet było więcej o 1,5% – co z grubsza odpowiada proporcji pomiędzy płciami na studiach doktoranckich w poprzednich latach (a zatem kobiety nie odpadały ze studiów doktoranckich ani częściej, ani rzadziej niż mężczyźni). Wzrost udziału kobiet wśród doktorantów to wyraźny trend. Jeśli się utrzyma, bez wątpienia będziemy mieli do czynienia z feminizacją.

Kobiet przybywa również na wyższych szczeblach akademickiej hierarchii. Zjawisko to zachodzi jednak wolniej, poza tym – nadal – im wyżej, tym kobiet mniej. Jeśli udział kobiet wśród profesorów będzie się zwiększał w takim tempie jak dotychczas (średnio o pół punktu procentowego rocznie), to wyrównanie się proporcji będziemy świętować za pięć dekad.

 Tabela9

Druga teza z zestawu Marcina Zaroda, mówi o biedzie wśród doktorantów. Na ten temat nie mamy danych, co każe czujnie podchodzić i do trzeciej – że mianowicie akademicka bieda dotyka kobiet częściej niż mężczyzn. Tym tezom brak oparcia w liczbach, nie ma reprezentatywnych badań. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie powinniśmy potraktować poważnie poszlak w sprawie.

Doktorantek i kobiet naukowców przybywa akurat w czasach kryzysu uczelni: gdy praca akademicka się biurokratyzuje, kiedy wzrasta nad nią nadzór, kiedy dewaluują się dyplomy, a warunki zatrudnienia stają się coraz bardziej „śmieciowe”. W dodatku, najszybciej przybywa kobiet na najniższych szczeblach akademickiej hierarchii. Jeśli dobrze rozumiem, to przede wszystkim na tę prawidłowość chciał zwrócić uwagę Marcin Zaród. I dobrze. Może jednak lepszą od „feminizacji biedy” etykietą dla tej zależności byłyby „wygrane wśród przegranych”, „winners among losers”, o których pisze Renata Siemieńska-Żochowska (http://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/713669262)? Ta ostatnia koncepcja mówi nie o biedzie, lecz o awansie drugiej jakości – o awansie kobiet na miejsca, które mężczyźni zajmują coraz mniej chętnie.

Bez względu na etykietę, zjawisko niezbyt cieszy. Byłoby jednak marnie, gdybyśmy zaczęli się martwić zwiększającym się odsetkiem kobiet wśród doktorantów. Jeśli już się nad czymś zastanawiać, to raczej nad tym, dlaczego kobiet przybywa szybciej na dole drabiny niż u jej szczytu.

Przygotowując ten tekst, prosiłam parę osób o radę lub krytyczne spojrzenie. Wojciechu Fenrichu, Anno Klimczak, Magdaleno Małecka, Katarzyno Suwado, Piotrze Szenajchu, dziękuję!

Tutaj tekst raportu do pobrania w pliku PDF.