Studia doktoranckie w Polsce – łatwo zacząć, trudniej skończyć

Dominika Michalak

Czego można się dowiedzieć o doktorantach z raportów GUS na temat szkolnictwa wyższego? Między innymi – że doktorantów przybywa szybko, a doktorów wolno. Doktoranci odpadają ze studiów lub kończą je z dużym opóźnieniem. Komentarz po debacie „Proletariat wiedzy – doktoranci i doktorantki w polskim szkolnictwie wyższym”

5. marca 2013 NOU miało przyjemność uczestniczyć w debacie pt. „Proletariat wiedzy – doktoranci i doktorantki w polskim szkolnictwie wyższym” zorganizowanej przez łódzką Świetlicę Krytyki Politycznej i Obywateli Nauki. Posłaliśmy na front jednoosobową reprezentację (pojechała tam wyżej podpisana).

Dostałam od organizatorów zadanie: powiedzieć coś o społecznych uwarunkowaniach studiów doktoranckich. Zadanie – beznadziejne, bo brakuje reprezentatywnych danych choćby na temat poziomu zamożności, społecznego pochodzenia czy rodzinnych obciążeń doktorantów. O sytuacji tej grupy w skali całego kraju można co najwyżej spekulować na podstawie bardzo podstawowych (ale za to zbieranych regularnie) danych GUS oraz rozporządzeń MNiSW dotyczących np. stypendiów. Starałam się mimo wszystko jakoś to moje zadanie wypełnić. Poniżej – to, co udało mi się powiedzieć podczas debaty oraz przemyśleć i uzupełnić po niej.

Bardzo podstawowe dane GUSu to przede wszystkim informacje o liczebności doktorantów i liczbie obronionych doktoratów zawarte w rocznych sprawozdaniach „Szkoły wyższe i ich finanse” (http://www.stat.gov.pl/gus/5840_1177_PLK_HTML.htm)        i „Nauka i technika w [tym a tym] roku” (http://www.stat.gov.pl/gus/5840_2243_PLK_HTML.htm).

Z osobna dane te prezentują się tak:

Tabela1

Tabela2

W zestawieniu zaś wyglądają tak:

Rysunek1

W ciągu ostatniej dekady liczba doktorantów rosła przeciętnie szybciej od liczby nadanych stopni doktora (dane z pierwszej dekady trudno porównywać, ale o tym – później). Oznacza to, że doktoranci pisali rozprawy wolniej lub częściej odpadali ze studiów. Upraszczając, można powiedzieć, że system kształcenia doktorów okazywał się coraz mniej wydolny.

Jak powinien działać system efektywny? Przyjmijmy, że studia powinny trwać średnio 5 lat i kończyć się doktoratem. Załóżmy też, optymistycznie, że nikt z doktorantów nie odpada. W takim wypadku liczba przyjętych na studia w okresie P1 powinna odpowiadać liczbie doktoratów w okresie P2 o tej samej długości, ale zaczynającym się pięć lat później. Trudno ocenić efektywność systemu, w którym wiele się zmienia. Poniżej przedstawiam dwie przybliżone miary efektywności. (NOU z wdzięcznością przyjmie inne propozycje jej oceny).

Załóżmy, że od roku 2000 system działał według zaproponowanego wzoru. Na podstawie danych o liczbie doktorantów w roku 2000 i liczbie obronionych prac rok później obliczamy, ilu według modelu w 2000 było doktorantów lat I-IV. Jeśli tę liczbę odejmiemy od liczby doktorantów w roku następnym, otrzymamy modelową liczbę studentów pierwszego roku w 2001. Wykonujemy analogiczne obliczenia dla kolejnych lat. By wszystko było jak w zaproponowanym modelu efektywnego systemu, każdy doktorant pierwszego roku w roku X powinien zdobyć stopień doktora w roku X+5. Zgodnie z tą regułą łączna liczba doktorantów pierwszorocznych w latach 2001-2006, powinna odpowiadać łącznej liczbie doktoratów od roku 2006 do roku 2011. Powinniśmy się więc spodziewać, że w drugim okresie obronionych zostanie łącznie ponad 39 tys. prac doktorskich, czyli o ponad 6700 więcej niż w rzeczywistości.

Tabela3

Inną, lepiej obrazującą trend, miarą „wydajności” studiów doktoranckich może być średnie roczne tempo wzrostu liczby doktorantów i liczby doktoratów w analogicznych okresach (czyli dla nas odpowiednio 2001-2006 i 2006-2011). W przypadku doktorantów (w latach 2001-2006) wyniosło ono +4%, w przypadku doktorów (w latach 2006-2011) ok. –2,5%.

*

Ten uproszczony rachunek efektywności „systemu produkcji doktorów” nie bierze pod uwagę doktoratów bronionych eksternistycznie (gdyby wziąć je pod uwagę wyniki byłyby gorsze). Ponadto takie mechaniczne ujęcie problemu zaciera nieco wagę zmian instytucjonalnych, które nastąpiły w ciągu dwóch dekad po transformacji: wypierania asystentury przez studia doktoranckie (i za tę uwagę dziękuję Katarzynie Suwadzie) oraz wprowadzenia systemu bolońskiego (co jest tematem na osobny artykuł, jeśli nie całą książkę).

Na początku lat dziewięćdziesiątych doktoraty robili często naukowcy zatrudnieni w charakterze asystentów, związani z uczelnią umową o pracę, będący dla niej pewnym kosztem, ale i – inwestycją. Dekadę później asystentura zaczęła znikać z większości uczelni (Tabela 4) – zaczęło więc ubywać i doktorantów-asystentów. Dziś doktorant to „uczestnik studiów trzeciego stopnia” – poniekąd student, poniekąd młody naukowiec, w każdym razie – źródło dochodu (z dotacji stacjonarnej) dla wydziału. Na czym polega różnica pomiędzy tymi dwoma statusami doktoranta: asystenckim i obecnym?

Teoretycznie tkwi ona w sile więzi, wzajemnych lojalności. Instytucja asystentury zakładała, że asystenta z jego macierzystą jednostką wiąże nie tylko umowa z pracodawcą, ale i dłuższy czasowy horyzont współpracy – asystent to przyszły adiunkt, który może się spodziewać, że jego dalsza kariera będzie przebiegać wśród tych samych ludzi. Wszystkim w takim układzie powinno bardziej zależeć na jakości jego pracy naukowej i na tym, by ów asystent kiedyś doktorat napisał. Dzisiejszy system jest zupełnie inny – większość doktorantów nie ma stypendium (Tabela 5), nie jest pracownikami swoich jednostek, a szanse na to, że kiedyś znajdą tam zatrudnienie, są mizerne. Piszą rozprawy doktorskie dla siebie – i jeśli wypali się zapał lub wyschną źródła utrzymania, pracę tę porzucają. Uczelnia daje im niewiele, zwykle niczego nie obiecuje, a co nieco pobiera z państwowego budżetu na ich kształcenie. Nie za bardzo wiadomo, co jedna strona jest w tym układzie winna drugiej (i odwrotnie). Obie są dla siebie dość nieprzewidywalne. W tym luźnym układzie mandat do oczekiwania, że studia doktoranckie zakończą się dobrym doktoratem, ma chyba tylko podatnik. Oczekiwania podatnika – zwłaszcza niewyartykułowane, a tylko domyślne – nie rodzą jednak szczególnie silnych zobowiązań ani wśród zarządzających studiami doktoranckimi, ani wśród doktorantów.

Tabela4

W teorii przewaga asystentury doktorantów nad „studiami trzeciego stopnia” jako metody „produkcji” doktorów wydaje się niewątpliwa. Z jakichś powodów jednak ta pierwsza zaczęła z polskich szkół wyższych znikać. Czy to dlatego, że asystentury nie chcą lub nie są w stanie sfinansować wydziały? Czy raczej dlatego, że młodym doktorom lub doktorantom nie wydaje się szczególnie atrakcyjna w porównaniu z ofertą rynku pracy? Pewnie raz tak, raz – inaczej. Twardych danych w tej sprawie brak.

*

Dalsze rozważania dotyczą sytuacji doktorantów w ciągu ostatniej dekady, a więc w przeważającej mierze doktorantów nie-asystentów. Wielu z nich najwyraźniej nie pisze doktoratów. Czy dlatego, że na coraz bardziej zatłoczone studia doktoranckiej trafiają coraz częściej ludzie do tego niezdolni? Czy może dlatego, że doktoranci wcale nie zamierzają czegokolwiek pisać? A może po prostu zbyt trudno jest wyżyć z pracy naukowej, by doktorat dało się traktować serio?

Pierwsze wyjaśnienie trudno sprawdzić – bo czym właściwie miałaby być „niezdolność do napisania doktoratu”? Niektórzy twierdzą, że im większa liczba doktorantów, tym gorsza musi być ich jakość i z upodobaniem opowiadają o „ludziach po prostu głupich”, którzy doktorantami być nie powinni. Inni mówią, że „jakość doktorantów” obniża się, kiedy wydziały przyjmują ich więcej niż są w stanie w przygotowywaniu rozprawy merytorycznie wesprzeć. Pierwszych chciałoby się poprosić o jakąś operacyjną definicję „głupoty po prostu”, definicję, która nie będzie ani wyrazem uprzedzeń ani przechwałką. Drudzy chyba mają sporo racji, choć ich tezę nieco podkopuje fakt, że w latach 2000-2011 profesorów, docentów i adiunktów będących nauczycielami akademickimi – a więc potencjalnych promotorów (choć wśród adiunktów są i doktorzy, którzy dopiero od niedawna mogą sprawować funkcję promotorów pomocniczych) – przyrastało w tempie tylko nieco wolniejszym niż doktorantów. W porównaniu z rokiem 2000, w 2011 przybyło nauczycieli akademickich: profesorów o 50%, docentów o 165%, adiunktów o 50%, doktorantów o 57% (źródło: GUS,).

Można się czasem spotkać z opinią, jakoby doktoranci „masowo” zadowalali się dyplomem ukończenia studiów i nie zamierzali już pisać doktoratów. Doniesienia te zdają się jednak przesadzone. Liczba dyplomów ukończenia studiów doktoranckich wydanych w 2011 wyniosła, według GUS, 4379 – gdyby nawet założyć, że studia doktoranckie (do momentu uzyskania dyplomu) trwają 5 lat (a w normalnej sytuacji powinny trwać 4), to spodziewalibyśmy się ok. 1300 absolwentów więcej (obliczone – jak w przypadku Tab. 3). Wielu doktorantów starszych lat na dyplom ukończenia studiów po prostu gwiżdże, ale to nie znaczy, że nie zaczynali studiów z zamiarem dobrnięcia do planowego finału.

Może więc niewydolności systemu winien jest sposób finansowania studiów?

GUS podaje, że nakłady z budżetu państwa na stypendia dla studentów i doktorantów od 2009 wzrosły o 105 mln PLN – do 1 664 mln PLN. Oprócz stypendiów z dotacji ministerialnej (rejestrowanych przez GUS – Tabela 5) doktoranci mogą się ubiegać jeszcze o stypendia FNP, stypendia fundowane przez samorządy regionalne, granty badawcze itp. Wiemy też, że od paru lat rosną nakłady na naukę jako odsetek PKB. Możliwości zdaje się przybywać, ale wydolność doktoranckiej części systemu się nie poprawia.

Dostępne formy wsparcia materialnego nie wystarczają do sfinansowania badań wszystkich osób przyjętych na studia doktoranckie (inna sprawa, że nie wszyscy sądzą, że tak być powinno). Według GUS stypendiów nie mają cztery piąte doktorantów (Tabela 5, GUS wprawdzie nie bierze pod uwagę wszystkich typów stypendiów, ale należy się spodziewać, że w przypadku stypendiów o charakterze naukowym działa prawo kumulacji – kto ma jedno, temu łatwiej zdobyć kolejne, bowiem kryteria konkursowe są podobne). Budżet grantów NCN Preludium wystarcza na finansowanie badań niewielkiego odsetka młodych badaczy, a poza tym – ostatnio nieco się skurczył (Tabela 6). Ale to chyba nadal nie jest wystarczające wyjaśnienie szybko rosnącej rozbieżności pomiędzy liczbą doktorantów a liczbą nadawanych stopni doktora – bo z pieniędzmi na pierwszym etapie studiów nigdy nie było dobrze.

Tabela5

Tabela6

Historii odpadania ze studiów doktoranckich jest pewnie tak wiele jak doktorantów. Sprawa wymagałaby przebadania. Gdyby tylko MNiSW zainteresowało się tą sprawą i zleciło ogólnopolskie badanie na ten temat! Badanie tych, którym się nie powiodło, i tych, którzy mieli serdecznie dosyć, stanowiłoby chyba niezłą podstawę do namysłu nad tzw. „czynnikami sukcesu” – być może lepszą niż badania „ludzi sukcesu”.

Rozsądek podpowiadałby, że w generalnie marnych warunkach ekonomicznych, z jakimi mamy do czynienia w przypadku studiów doktoranckich, podstawowym „czynnikiem sukcesu” powinny być prywatne zasoby (bogaci rodzice, mąż lub żona, świetnie płatna i mało angażująca praca, niedawna wielka wygrana na wyścigach konnych). Zwolennicy tej tezy mówią, że studia doktoranckie to studia dla najbogatszych. Nie wyjaśniają jednak, dlaczego ci najbogatsi mieliby jeszcze pocić się nad doktoratami. I dlaczego w Polsce? Czy doprawdy nie ma większych atrakcji? Przyjemniejszego klimatu? Może studia doktoranckie dzisiaj to raczej studia dla „średniaków” – osób, które w razie życiowej awarii mają się na kim mocniej oprzeć, więc mają też względny luksus dążenia do tego, by robić to, co dosyć lubią.

Jeśli większość doktorantów to „średniacy” (reprezentatywnych danych brak),  to co jeszcze może ich powstrzymać przed napisaniem pracy?

Poniżej przedstawiam kilka hipotez na temat przyczyn porzucania studiów. Uwaga, to tylko spekulacje sformułowane (żartobliwie) na podstawie tysiąca pełnych gorzkiej ironii, przyjacielskich rozmów na temat doktoranckiej doli, w których autorka (ostatecznie, doktorantka) brała udział.

  1. Hipoteza obrzydliwego rynku pracy – doktorant bez stypendium, a czasem i z czesnym do opłacenia, idzie do pracy. A tam jest, jak jest – zatrudniony na pół etatu, pracuje de facto na cały, samozatrudniony – pracuje na dwa. Po pracy zmęczony wraca do domu. Wreszcie mówi sobie „po co mi to?” i rzuca studia. Praca nadal jest okropna, ale przynajmniej niepisanie doktoratu przestaje dręczyć.
  2. Hipoteza atrakcyjnego rynku pracy – pewnego dnia doktorant odkrywa, że poza uczelnią cenią jego zdolności i płacą za ich wykorzystywanie, znajduje pracę niemniej twórczą od pisania doktoratu, które – w związku z tym – porzuca.
  3. Hipoteza przebudzenia – młody człowiek otrzymuje zaproszenie na studia doktoranckie, np. takie: „Pana/i praca jest naprawdę wybitna. Byłaby to niepomierna strata dla Wydziału, gdyby nie zamierzał/a Pan/i jej kontynuować na studiach doktoranckich”. Po roku lub dwóch odkrywa, że dał się zahipnotyzować pochwałą, że jest przeciętny, a ewentualna strata dla Wydziału z tytułu jego odejścia odpowiada dokładnie wysokości państwowej dotacji na doktoranta przeliczeniowego. Boli go, że nie pomyślał wcześniej i nie zdążył zapytać, czy uroczyste zaproszenie na studia doktoranckie oznaczało, że ktoś go chce zatrudnić, sfinansować jego badania itp. Teraz widzi, że nie. Budzi się, wstaje lewą nogą i opuszcza akademickie mury.
  4. Hipoteza obrzydliwego uniwersytetu – młodzi zdolni, ale wciąż niedoświadczeni, po paru latach na uniwersytecie czują, że są starzy, słyszą, że są głupi, zdają sobie sprawę, że dali się wplątać w rozmaite personalne rozgrywki i że nawet promotorowi nie zależy na tym, żeby napisali doktorat. Jak w dowcipie o niesmacznym jedzeniu w małych porcjach, zdają sobie również sprawę, że nie mają cienia szansy na choćby częściowe zatrudnienie na tym obrzydliwym uniwersytecie. Chcą pojechać nad morze. Pożyczają samochód i jadą. I tyle ich widzieli.
  5. Hipoteza fajnego uniwersytetu, ale obrzydliwego doktoratuna uniwersytecie jest fajnie, ale ten doktorat naprawdę trzeba napisać. Samotna nuda. Nie ma mowy!
  6. Hipoteza sumy frustracji cząstkowychziarnko do ziarnka… Doktorant ma niejasne poczucie, że już nie może, że to wszystko jest nie do zniesienia. Mówi „dość!” i zaczyna szybko pisać albo natychmiast przestaje.

Jest w Polsce kilka wydziałów, które nie przeliczają doktorantów jedynie na dotację stacjonarną, otaczają ich dostateczną opieką merytoryczną i organizacyjną. Pewnie na przynajmniej kilku innych sytuacja się poprawia. Nie brakuje też młodych uczonych, którzy wiążą doktorancki koniec z końcem dzięki państwowym grantom i stypendiom. Zapewne są i pasjonaci, którym powodzi się wprost świetnie i którzy dzięki prywatnym zasobom spokojnie sobie żyją, badają i piszą, a wsparcie instytucjonalne w ogóle ich nie interesuje. Ale jest też i całkiem zwykła reszta, która ze studiów odpada. Wygląda w dodatku na to, że liczebność tej grupy rośnie.

Feminizacja polskich uczelni?

Podczas debaty Marcin Zaród z KP mówił o feminizacji studiów doktoranckich jako feminizacji biedy. To w gruncie rzeczy trzy tezy w jednej. Pierwsza mówi o feminizacji studiów doktoranckich i znajduje pewne poparcie w danych. W latach 1999-2011 udział kobiet w populacji doktorantów wzrastał równomiernie od poziomu 44% do 53%. Czy jednak 53% to już feminizacja? I jaki jest odsetek kobiet na innych szczeblach akademickiej hierarchii?

            Udział kobiet wśród doktorantów wzrastał w ostatnich latach we wszystkich typach szkół (Tabela 7), w 2011 w porównaniu z 2004 wzrósł też w prawie wszystkich dziedzinach (Tabela 8).

Tabela7

Tabela8 

Wśród doktorów, którym nadano ten stopień w 2011, kobiet było więcej o 1,5% – co z grubsza odpowiada proporcji pomiędzy płciami na studiach doktoranckich w poprzednich latach (a zatem kobiety nie odpadały ze studiów doktoranckich ani częściej, ani rzadziej niż mężczyźni). Wzrost udziału kobiet wśród doktorantów to wyraźny trend. Jeśli się utrzyma, bez wątpienia będziemy mieli do czynienia z feminizacją.

Kobiet przybywa również na wyższych szczeblach akademickiej hierarchii. Zjawisko to zachodzi jednak wolniej, poza tym – nadal – im wyżej, tym kobiet mniej. Jeśli udział kobiet wśród profesorów będzie się zwiększał w takim tempie jak dotychczas (średnio o pół punktu procentowego rocznie), to wyrównanie się proporcji będziemy świętować za pięć dekad.

 Tabela9

Druga teza z zestawu Marcina Zaroda, mówi o biedzie wśród doktorantów. Na ten temat nie mamy danych, co każe czujnie podchodzić i do trzeciej – że mianowicie akademicka bieda dotyka kobiet częściej niż mężczyzn. Tym tezom brak oparcia w liczbach, nie ma reprezentatywnych badań. Ale to jeszcze nie znaczy, że nie powinniśmy potraktować poważnie poszlak w sprawie.

Doktorantek i kobiet naukowców przybywa akurat w czasach kryzysu uczelni: gdy praca akademicka się biurokratyzuje, kiedy wzrasta nad nią nadzór, kiedy dewaluują się dyplomy, a warunki zatrudnienia stają się coraz bardziej „śmieciowe”. W dodatku, najszybciej przybywa kobiet na najniższych szczeblach akademickiej hierarchii. Jeśli dobrze rozumiem, to przede wszystkim na tę prawidłowość chciał zwrócić uwagę Marcin Zaród. I dobrze. Może jednak lepszą od „feminizacji biedy” etykietą dla tej zależności byłyby „wygrane wśród przegranych”, „winners among losers”, o których pisze Renata Siemieńska-Żochowska (http://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/713669262)? Ta ostatnia koncepcja mówi nie o biedzie, lecz o awansie drugiej jakości – o awansie kobiet na miejsca, które mężczyźni zajmują coraz mniej chętnie.

Bez względu na etykietę, zjawisko niezbyt cieszy. Byłoby jednak marnie, gdybyśmy zaczęli się martwić zwiększającym się odsetkiem kobiet wśród doktorantów. Jeśli już się nad czymś zastanawiać, to raczej nad tym, dlaczego kobiet przybywa szybciej na dole drabiny niż u jej szczytu.

Przygotowując ten tekst, prosiłam parę osób o radę lub krytyczne spojrzenie. Wojciechu Fenrichu, Anno Klimczak, Magdaleno Małecka, Katarzyno Suwado, Piotrze Szenajchu, dziękuję!

Tutaj tekst raportu do pobrania w pliku PDF.

Edukacyjny pomysł na dziś

Zróbmy w Polsce Finlandię:

  • Małe oddziały szkolne, około 15 uczniów; w szkole średniej wyłącznie indywidualny tok nauczania w formie semestralnych kursów do wyboru.
  • Krótkie godziny formalnych zajęć lekcyjnych, potem dostępna bezpłatna opieka w szkole; nauczyciel spędza 4 godziny w klasie dziennie.
  • Bezpłatne posiłki, podręczniki, wycieczki i służba zdrowia na miejscu w szkole.
  • Indywidualny tutoring dostępny dla każdego ucznia, 40-45% uczniów do końca edukacji podstawowej (do 16 r.ż.) korzysta z pomocy dla „uczniów o specjalnych potrzebach”; nie ma wewnątrzszkolnej selekcji według osiągnięć uczniów.
  • Pierwszy test osiągnięć w wieku 16 lat, po którym uczeń może wybrać szkołę średnią o profilu akademickim (przygotowującą do studiów uniwersyteckich) lub zawodowym (przygotowującą do studiów politechnicznych)
  • Porównawcze standaryzowane sprawdziany wyłącznie na próbie losowej z kohorty uczniów (ocenia się działanie systemu a nie osiągnięcia uczniów indywidualnie).
  • Nacisk na wyrównywanie różnic między szkołami i między uczniami, nie na konkurencję.
  • Matura z 5 przedmiotów (z czego 1 do wyboru).
  • Początkujący nauczyciel w szkole podstawowej zarabia rocznie 29 029 USD, po 15 latach pracy 39 702 USD (czyli odpowiednio ok 7550 zł i ok 10300 zł miesięcznie) – wg danych OECD.

Tu kilka kolejnych reportaży o fińskim systemie edukacji:
http://www.youtube.com/watch?v=tBe5XERfXZY
http://www.youtube.com/watch?v=rlYHWpRR4yc

Tu dane o zarobkach nauczycieli:
http://www.oecd-ilibrary.org/education/teachers-salaries_teachsal-table-en
http://master-degree-online.com/files/2011/04/a-teachers-worth-around-the-world1-e1303099013770.jpg

Co Państwo na to?

Notatka oparta o szybki risercz internetowy – prosimy o uwagi także w razie znalezienia nieścisłości.

Poczytaj NOU!


Od wystartowania inicjatywy na początku 2011 roku osoby zaangażowane w Nowe Otwarcie Uniwersytetu brały aktywny udział w polskiej dyskusji o problemach nauki i szkolnictwa wyższego. Wiele ze spostrzeżeń, faktów i argumentów zawartych w tych tekstach autorki i autorzy zawdzięczają intensywnym dyskusjom podczas serii spotkań pod szyldem NOU. Poniżej prezentujemy wybór najciekawszych artykułów naukowych i prasowych komentarzy. Do lektury tekstów wprowadzają sami autorzy:

Piotr Kowzan, Magdalena Prusinowska
Polityka głosu, polityka wyjścia i pytanie o edukację autonomiczną z perspektywy współczesnych ruchów uniwersyteckich, Ars Educandi 2012, nr 8, ss. 93-121. link

W artykule staraliśmy się zarysować  perspektywę patrzenia na stan uniwersytetu znacznie odmienną od dominującej. Ów dominujący dyskurs wydał nam się zbytnio uwikłany w przyzwyczajenia wyniesione z codziennych medialnych lekcji ekonomii neoliberalnej. Staraliśmy się przeorganizować tę perspektywę tak, by spojrzeć na uniwersytet zarówno z punktu widzenia studentek i studentów, jak i szerszej problematyki demokracji. W wyniku tego zabiegu rola rad i samorządów studenckich i doktoranckich w Polsce – jako demokratycznych narzędzi polityki – została w naszym tekście podważona. Jak próbowaliśmy wykazać, namysł nad współczesnym uniwersytetem wymaga zdystansowania się wobec tradycyjnych kategorii w jakich był prowadzony – w tym wobec kategorii służących do analizy i opisu roli ruchów studenckich (traktowanych jako tylko studenckie) w kształtowaniu edukacji wyższej.

Magdalena Małecka, Dominika Michalak
Czy czeka nas akademicka wiosna?, Kultura Liberalna, 26.06.2012. link

Tę wiosnę uniwersytety Grecji, Hiszpanii, Quebecu, Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii przywitały bojkotami i demonstracjami. Studenci i naukowcy wyszli na ulice, podpisywali i wysyłali petycje, sprzeciwiając się postępującej prywatyzacji szkolnictwa wyższego, która bez wątpienia jest już procesem globalnym. A tysiące naukowców przyłączyły się do bojkotu wydawnictwa Elsevier zarzucając mu, że jego praktyki publikacyjne ograniczają dostęp do wiedzy. To kolejna odsłona wiosny akademickiej.

Piotr Szenajch
Przyspieszona nauka konkurencji. Przewodnik dla zbłąkanych w gąszczu reformy, Studia Litteraria et Historica 2012, nr 1(1). link

Impulsem do spisania tekstu było spostrzeżenie, że choć komentatorzy polskiej reformy akademii zauważają, że wiele problemów pozostawia ona nierozwiązanymi, a wprowadza ponadto szereg problemów nowych – krytyki te zatrzymują się nieraz na poziomie sloganów takich jak „komercjalizacja”, „biurokratyzacja”, „zagrożenie autonomii”. W pewnej mierze wynika to ze złożoności problematyki – reforma zmieniła kilkanaście aktów prawnych, wprowadza zupełnie nowe instytucje, cały czas Ministerstwo precyzuje też szczegóły kolejnymi rozporządzeniami. W tekście zawarta jest drobiazgowa analiza kluczowych rozwiązań i założeń reformy. Z drugiej zaś strony, zawiera on opis gorącej, choć niejako „spóźnionej” – bo toczącej się już po uchwaleniu kluczowej nowelizacji – debaty studentów i młodych naukowców wokół reformy.

Magdalena Małecka
Bezpłatne studia publiczne – przywilej czy prawo? Jałowa dyskusja w mediach, Kultura Liberalna, 17.04.2012. link

W Polsce wprowadza się kompleksową reformę nauki i szkolnictwa wyższego. Przewiduje ona dodatkowe opłaty za studiowanie na uczelniach publicznych. Koszty ponosić mają studenci drugiego kierunku oraz ci, którzy uczestniczą w zajęciach wykraczających poza ustalony prawnie limit punktów (tzw. punktów ECTS). Sprawa odpłatności za studia budzi emocje opinii publicznej. W tekście przyglądam się medialnym dyskusjom o opłatach za studiowanie i przypominam prawne regulacje dotyczące odpłatności za studia w Polsce, w tym konstytucyjne gwarancje prawa do edukacji wyższej.

Anna Klimczak
Ukryty uniwersytet. Hidden curriculum w dokumentach Procesu Bolońskiego,
Nauka i szkolnictwo wyższe 2010, nr 1-2 (35-36), Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego, Instytut Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, s. 149 – 159. link

Analiza dotyczy europejskiej reformy szkolnictwa wyższego zapoczątkowanej przez Proces Boloński i odwołuje się bezpośrednio do podstawowych dokumentów Procesu Bolońskiego. Wykorzystuje pojęcie „ukrytego programu”. Teza eseju jest następująca: reformy strukturalne szkół wyższych w dłuższej perspektywie w istotny sposób wpłyną na pozycję uniwersytetu w europejskich społeczeństwach, a także na dyspozycje intelektualne jego absolwentów. Ukryty program uniwersytetów Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego polega na podporządkowaniu edukacji wyższej celom gospodarczym i społeczno-politycznym, a nie naukowym.

Izabela Wagner
Selektywna analiza problemu publikacji humanistów i przedstawicieli nauk społecznych w języku angielskim, Przegląd Socjologii Jakościowej 2012, nr 18. link

Artykuł porusza problematykę publikacji w języku angielskim prac humanistów i przedstawicieli nauk społecznych wykształconych i prowadzących badania na gruncie języka polskiego. Analizując ten problem z perspektywy socjologii karier, okazuje się, że proces publikacyjny zdeterminowany jest nie tylko kryteriami merytorycznymi, ale także niemerytorycznymi, jak przynależność do ośrodka naukowego, kultura dyscyplinarna czy też obszar referencji i posiadanej wiedzy, nie w sensie jakości, ale jej specyfiki (odwoływanie się do określonego paradygmatu czy specyficznej literatury naukowej). Na podstawie badań etnograficznych i autoetnograficznych wykazano, iż powierzchowne traktowanie kwestii strategii publikacyjnych, utrzymujące zasadność i priorytet publikowania w języku angielskim, wynika z nieznajomości socjologicznych elementów procesu publikacyjnego i mechanizmów karier naukowych realizowanych w obszarach języków narodowych (w odróżnieniu od tych dziedzin, w których językiem technicznym jest język angielski).

Tekst był przedmiotem polemiki autorstwa Piotra Sorokowskiego, na który to tekst Izabela Wagner odpowiedziała w tym samym numerze pisma – oba teksty w lipcowym numerze PSJ 2012, nr 19. link

Magdalena Małecka, Dominika Michalak
Otwarta nauka w Polsce? O bajecznie drogich publikacjach, systemie open access i wydawniczej rewolucji, Kultura Liberalna 03.04.2012. link

W tekście analizujemy światowe dyskusje dotyczące dostępu do wiedzy naukowej oraz możliwość wprowadzenia systemu open access, czyli wolnego dostępu do publikacji naukowych, w Polsce.

Piotr Kowzan, Dominik Krzymiński
Pomiędzy alienacją a emancypacją – rola rad doktoranckich w ustalaniu pozycji doktorantów na przykładzie Uniwersytetu Gdańskiego
[w:] M. Trawinska, M. Maciejewska (red.) Uniwersytet i Emancypacja. Wiedza jako działanie polityczne – działanie polityczne jako wiedza, Interdyscyplinarna GrupaGender Studies, Wrocław 2012, ss. 57-73. link

Jako uczestnicy studiów doktoranckich i członkowie samorządu podejmujemy w tym artykule analizę działań, w których braliśmy aktywnyudział. Celem naszej refleksji jest rozpoczęcie dyskusji nad rolą raddoktoranckich w ustalaniu pozycji doktorantów w strukturze akademickiej i kształtowaniu ich podmiotowości zarówno w aspekcie pracy akademickiej, jak i życia społecznego poza światem nauki.

Małgorzata Zielińska
Znaczenia nadawane wyższemu wykształceniu przez polskich migrantów w Reykjaviku
[w:] M. Trawińska, M. Maciejewska (red.). Uniwersytet i Emancypacja. Wiedza jako działanie polityczne – działanie polityczne jako wiedza. Interdyscyplinarna Grupa Gender Studies, Wrocław 2012. link

W artykule tym postuluję, by analizując kształcenie wyższe, mieć na uwadze czynnik migracji. W czasie, gdy są one coraz częstszym elementem życia młodych ludzi, analiza edukacji biorąca pod uwagę edukację w państwie, jakby było ono zamkniętym terytorium, byłaby niepełna. Artykuł odnosi się do postrzegania edukacji wyższej przez ludzi, którzy ukończyli studia w Polsce, a następnie wyjechali na Islandię. Jak oceniają oni przydatność swoich studiów? Czy mieli problemy ze znalezieniem pracy w Polsce lub zagranicą? Czy zależne było to od kierunku, który studiowali? Wypowiedzi migrantów analizowane są z różnych perspektyw odzwierciedlających polskie dyskursy na temat edukacji wyższej, takie jak: akademicki tradycjonalizm, neoliberalizm, dyskurs merytokratyczny czy traktowanie absolwentów jako kapitał ludzki.

Cała publikacja: link

Izabela Wagner
Jedno wielkie chałturzenie. Fuga na trzy głosy: Ministerstwo – Media – My (społeczność akademicka), Pismo Uniwersytetu Warszawskiego 2011, nr 2 (52), ss. 22-24. link

Tekst dotyczy reformy przeprowadzanej w 2011 przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Poddany został analizie trójstronny konflikt pomiędzy Ministerstwem a społecznością akademicką i mediami. Przedstawia polską sytuację pracowników uniwersyteckich, wymagania im stawiane a także warunki pracy, które uniemożliwiają im realizację tychże wymagań. Tekst pisany tuż przed decyzją prezydencką o podtrzymaniu reformy MNiSW – powstały w nadziei iż Prezydent ten projekt odrzuci.

Anna Szołucha
Nowe Otwarcie Uniwersytetu – czyli co zrobić z wygraną?, Krytyka Polityczna, 6.04.2011. link

Tekst ten powstał niedługo po pierwszym dniu spotkań i warsztatów zorganizowanym przez NOU i jest próbą wstępnego opisu inicjatywy – jej założeń oraz celów. Był to także jeden z głosów w dyskusji na temat kondycji ruchu studenckiego w Polsce. W duchu NOU stwierdzam tam, że do prawdziwego otwarcia polskiej nauki i szkolnictwa konieczna jest zarówno oddolna aktywizacja, jak i głęboka analiza obecnych problemów, konkretne propozycje i wizje na przyszłość.

Na początku 2013 roku ukaże się dedykowany numer recenzowanego półrocznika „Praktyka teoretyczna” z tekstami z konferencji Nowe Otwarcie Uniwersytetu. Problemy nauki i szkolnictwa wyższego w czasach reform, z czerwca 2011.

Wkrótce te i inne teksty autorów związanych z NOU w specjalnej zakładce niniejszej strony.

Kim są doktoranci?

Dominika Michalak, Anna Klimczak, Piotr Szenajch, Magdalena Małecka

Jest ich w Polsce ponad 37 tysięcy, około trzynastokrotnie więcej niż na początku lat dziewięćdziesiątych. Wszystko wskazuje na to, że będzie ich przybywać. Kim są doktoranci? Co ich łączy, a co dzieli? Co ich popchnęło na studia doktoranckie?

Pokaz The PhD Movie i debata o doktorantach NOU

W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania pod koniec kwietnia zorganizowaliśmy dyskusję o młodych polskich uczonych. W roli komentatorów zaprosiliśmy dr hab. Małgorzatę Jacyno i dr Izabelę Wagner z Instytutu Socjologii UW, Dorotę Kondiuch z Rady Samorządu Doktorantów SWPS oraz Magdalenę Osial z Samorządu Doktorantów UW i Wydziału Chemii UW. Na dobry początek wyświetliliśmy „The PhD Movie”, film o doktorantach nakręcony przez nich samych na podstawie bijącego rekordy popularności wśród doktorantów komiksu – o doktorantach, oczywiście. Nie znaleźliśmy na nasze pytania ostatecznej odpowiedzi, ani nawet takiej, która zadowoliłaby wszystkie strony. W dyskusji pojawiło się jednak wiele niebanalnych interpretacji doktoranckiego losu i ujawnił się przynajmniej jeden zasadniczy środowiskowy podział.

Zanim pokrótce wszystko to omówimy, śpieszymy wyjaśnić, że uczestnicy spotkania uznali za bezdyskusyjne, iż być doktorantem raczej się nie opłaca i nie zawsze jest przyjemnie. W każdym razie, nie było na sali chyba nikogo, kto zechciałby potwierdzić diagnozę Jana Hartmana, zgodnie z którą doktorantom żyje się jak „pączkom w maśle“. Nie staraliśmy się prostować ponurego przekonania o sytuacji doktorantów, bo wedle naszej wiedzy większość z nich nie ma stypendiów, a ci, którzy mają, przeważnie otrzymują je w minimalnej wysokości tysiąca i kilkudziesięciu złotych „w zamian“ za obowiązki dydaktyczne. Doktorat poprawia sytuację na rynku nielicznym i w niewielu dziedzinach, zaś ceną naukowego tytułu, oprócz rozmaitych materialnych wyrzeczeń, jest parę dodatkowych lat w niedorosłości – doktoranci, choć całkiem łebscy i pod trzydziestkę, wciąż na dobrą sprawę są jak uczniowie w szkole.

Czy doktoranci są subkulturą?

Co łączy doktorantów? Małgorzata Jacyno, socjolożka kultury, komentując międzynarodowy sukces The PhD Movie zasugerowała, że doktoranci przypominają subkulturę: mają swoje anegdoty, specyficzną wrażliwość, styl bycia, a teraz również – swój komiks i film fabularny. Podstawą więzi nie są dla nich interesy, światopogląd czy jakiś zbiorowy cel, ale raczej wspólna opowieść o doktoranckim losie, osładzająca najbardziej frustrujące momenty pierwszego etapu naukowej kariery.

The PhD Movie jest taką właśnie narracją. Opowiada o perypetiach początkujących badaczy, o pracy, często ponad siły, na przemian o braku opieki starszych naukowców i trudnej do zniesienia zależności od nich. Film nie jest jednak gorzki, nie ma posmaku buntu. Jako filmowcy-amatorzy i twórcy komiksu, jako widzowie i komentatorzy akademickiego światka, doktoranci stali się – jak mówiła Jacyno – mistrzami w braniu w cudzysłów swej kondycji. Domyślną tonacją jest tu dystans i ironia. Owa ironia ma pochłonąć bardzo sprzeczne i trudne emocje: rozczarowanie, sporo nadziei, ale też poczucie niepewności, upokorzenia, jakiego się często doznaje ze strony profesorów.

Obserwację, iż doktoranci nader często żartują z siebie i ze swojego środowiska, potwierdziła Izabela Wagner, socjolożka od lat badająca naukowców w Europie i Stanach Zjednoczonych. Również według niej żarty pomagają oswoić się ze swą własną niełatwą sytuacją, która jest tym trudniejsza, że została wybrana dobrowolnie. Komentując sytuację amerykańskich doktorantów, Wagner mówiła z jednej strony o stresie, ostrej konkurencji i niskich wynagrodzeniach, a z drugiej – o pasji i przywiązaniu do pewnego stylu życia. Oni [doktoranci] sami o sobie mówią „tania siła robocza” albo „robotnicy”, wyjaśniała. Mimo to, nie porzucają studiów. Nikt na studia doktoranckie nie przychodzi dla pieniędzy. […] To przede wszystkim wielkie emocje, które towarzyszą pracy naukowej, powodują, że ci ludzie w to wsiąkają. Liczy się atmosfera pracy, wyjątkowość zajęcia dostępnego nielicznym oraz ten moment, w którym mówi się „Eureka!”, ten przebłysk, [który] jest niezwykle ekscytujący.

Doktoranci w Ameryce – zarówno filmowi, jak i ci wspomniani przez Wagner – o zawodzie i powołaniu do pracy naukowej myśleli w kategoriach, odpowiednio, mordęgi i pasji. Pokazana w filmie ewolucja młodego naukowca postępowała od idealisty przekonanego o wyższej użyteczności swojego zajęcia do zaprawionego w bojach „realisty” – pozbawionego złudzeń i ambicji, by w swojej karierze dostrzegać coś więcej niż swoją prywatną sprawę.

Podobieństw między sytuacją doktorantów w Polsce i w USA, jak się zdaje, przybywa. Także w Polsce konkurencja rośnie, a często naukowej samodzielności de facto nie towarzyszy samodzielność de jure. Mimo tych podobieństw doktorancka tożsamość nie nabrała u nas wyrazistego kształtu. Nawet dyskusji – zaplanowanej przecież jako dyskusja o doktorantach – nie udało się skupić na nich, a była to przecież znakomita okazja, by dać wyraz ewentualnym subkulturowym wartościom i przekonaniom. Dyskutowano bowiem o finansowaniu nauki, sprzecznych i wspólnych interesach jej dziedzin, kurczącej się autonomii uniwersytetu, o organizacji studiów, misji nauki, wreszcie o reformie szkolnictwa wyższego. Głosy z sali, które zdominowały ostatnią część spotkania wyrażały przede wszystim oburzenie na organizację systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Tak dziarskich doktorantów jak filmowi, oswajających życiowe trudności żartem i wciągających je w orbitę prywatnego świata, w dyskusji nie było słychać. Trudno powiedzieć, czy dyskutanci mieli z tyłu głowy słynny wykład Maxa Webera, kiedy zamiast o indywidualnym spełnieniu postanawiali mówić o ekonomii, polityce czy organizacji pracy. Do sprawy podeszli jednak całkiem inaczej niż Jorge Cham i jego filmowa ekipa – na poważnie, na publicznie.

Linie podziału

Polscy doktoranci nie przypominają subkultury zapewne dlatego, że w żadnej mierze nie są jednorodną grupą. W zależności od afiliacji i dyscypliny naukowej, różni ich przebieg studiów i tryb pracy. Niektórzy mają stypendia, inni nie, jeszcze inni – płacą za studia. Jedni koncentrują całą swoją energię na pracy naukowej i dydaktycznej, żywiąc nadzieje na karierę naukową po doktoracie, inni od początku studiów wiedzą, że nie zostaną na uniwersytecie, a pracę nad doktoratem traktują jako hobby. Wielu żyje wzawieszeniu między tymi dwiema drogami – nie snują dalekosiężnych planów, bo wiązanie końca z końcem zbytnio ich angażuje, a niewielkie szanse na etat pozbawiają planowanie sensu. Doktoranci, krótko mówiąc, mają w swej doktoranckiej działalności różne cele, motywacje i interesy, a przy tym – nierówne szanse na pomyślne jej zakończenie.

Choć wcale tego nie planowaliśmy, największą część dyskusji pochłonęły konfrontacje pomiędzy „dwiema kulturami” akademickimi: humanistyką i dziedzinami matematyczno-przyrodniczymi. Ten zgrubny podział zdawał się wyznaczać granicę pomiędzy odmiennymi rytmami i metodami pracy, preferencjami co do sposobu jej oceny i różnymi wizjami „naukowości”. Trudno doprawdy o głębsze różnice. Jednak pojawiło się także wiele głosów podważających zasadność tego podziału. Obecnie wszystkie dziedziny podlegają tym samym mechanizmom instytucjonalnym: finansowane są z grantów, rozliczane na podstawie efektów pracy. Dlaczego więc podkreślamy różnice?

Małgorzata Jacyno zauważyła, że może to być wynikiem lekceważenia odmienności dyscyplin przez państwowe instytucje. Im bardziej się jej nie uwzględnia przy określaniu mechanizmów finansowania czy przy ocenie pracy naukowej, tym częściej poszczególne środowiska i kultury akademickie zaczynają wskazywać na swoją specyfikę. Jak bowiem mogą być oceniane wedle tych samych kryteriów, skoro ich wartość nie na tym samym się zasadza?

Kilkoro dyskutantów mówiło o konieczności uświadomienia sobie przez środowisko naukowe wspólnych wartości i interesów. To pierwszy krok do przezwyciężenia bierności środowiska w dotychczasowym procesie reform systemu nauki – podkreślali Izabela Wagner i Jacek Drozda, jeden z donośniejszych „głosów z sali”. Za taką wspólną wartość dyskutanci uznali autonomię uniwersytetu. Małgorzata Jacyno broniła uniwersytetu jako miejsca, w którym można  zadać pytania niemożliwe do postawienia gdziekolwiek indziej – pytania podważające status quo. Dlatego też niebezpieczne jest oczekiwanie od świata akademickiego wchodzenia, jak przewiduje retoryka reformy systemu nauki, w ścisłe relacje z „otoczeniem społeczno-gospodarczym” – oczekiwanie nieustannego dowodzenia ekonomicznej użyteczności nauki. To, co stanowi o specyfice działalności nauki, nie jest bowiem przekładalne na kategorie efektywności. Środowisko akademickie powinno prawa do „nieużyteczności” bronić.

O ile podział na linii nauki ścisłe versus nauki humanistyczne zelektryzował uczestników spotkania, podobnych kontrowersji nie wzbudziło pytanie o status uczelni. Wygląda na to, że powracająca niczym echo w debacie o szkolnictwie wyższym kwestia koegzystencji szkół publicznych i prywatnych, z różnymi jej implikacjami dla poziomu kształcenia czy równego dostępu do edukacji, na poziomie studiów III stopnia odgrywa marginalną rolę. Może nas to cieszyć jako wróżba zasypywania podziałów w środowisku akademickim – przynajmniej wśród przyszłych jego przedstawicieli.

Niektórzy pewnie poważnie się zastanawiają, kto decyduje się na robienie doktoratu na płatnych uczelniach. Dorota Kondiuch, reprezentująca doktorantów prywatnej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, w dyskusji zwróciła uwagę na fakt mało znany szerszej publiczności: oferta stypendialna prywatnych uczelni bywa znacznie lepsza od warunków oferowanych przez szkoły publiczne. Nie jest to jednak jedyny powód, dla którego prywatne szkoły wygrywają niekiedy z publicznymi. Ich oferta naukowa, mimo że zwykle węższa od oferty państwowych gigantów, nie musi wcale być mniej atrakcyjna lub niższych lotów. W dyskusji wzięli udział również doktoranci ze szkół prywatnych, do których zawiodły ich właśnie naukowe poszukiwania. Podział na prywatne i publiczne zatarło podzielane przez wszystkich dyskutantów przekonanie, że takie właśnie poszukiwania powinny być motorem naukowej kariery.

Autorzy są doktorantami, uczestnikami inicjatywy Nowe Otwarcie Uniwersytetu.

Wkrótce więcej tekstów autorów związanych z NOU w specjalnej zakładce niniejszej strony.

Dyskusja o książce EduFactory

EduFactory. Samoorganizacja i opór w fabrykach wiedzy to książka zbierająca teksty publikowane w serwisie edukacyjnym portalu wydawnictwa Ha!art – polskiej odnodze międzynarodowego kolektywu badaczy szkolnictwa wyższego znanego jako EduFactory. Wiele z nich powstawało „na gorąco” w pierwszych miesiącach wdrażania polskiej reformy uniwersytetu, inne starają się ukazać europejski i międzynarodowy, społeczno-ekonomiczny kontekst polskich przemian.

Dyskusja o książce odbędzie się w piątek 1 czerwca 2012 o 18:00 w Muzeum Sztuki Nowoczesnej na ul. Pańskiej 3 w Warszawie.

Edufactory okładkaZaproszenie organizatorów:

Uniwersytet znalazł się w centrum zainteresowania wielu światowych i lokalnych graczy politycznych oraz ekonomicznych. W Polsce, po dwudziestu latach pozostawiania uczelni samym sobie, podjęto zdecydowane kroki w kierunku podporządkowania ich rynkowej logice rentowności, pomiaru efektywności, konkurencji i zysku.

Czy zatem możemy powiedzieć, że dziś tym, czym dla kapitalizmu przemysłowego była fabryka, dla kapitalizmu kognitywnego jest uniwersytet? Czy może on być podobną do fabryki przestrzenią skutecznej organizacji oporu? Czy możemy zaobserwować w jego obrębie podobne mechanizmy wyzysku i kontroli pracy?

Zapraszamy na dyskusję o książce „EduFactory. Samoorganizacja i opór w fabrykach wiedzy” (red. J. Sowa, K. Szadkowski, Korporacja Ha!art, Kraków 2011), która przedstawia badania międzynarodowego kolektywu Edu-factory rozszerzone i uzupełnione o wnioski z analizy sytuacji w Polsce.”

W rozmowie udział wezmą:

Mateusz Janik (SNS PAN, „Recykling Idei”)
Jan Sowa (Instytut Kultury UJ, Korporacja Ha!art)
Krystian Szadkowski (Edu-factory, „Praktyka Teoretyczna”)
Weronika Śmigielska (Awaria Uniwersytetu)
Piotr Szenajch (SNS PAN, NOU)

Książka w postaci darmowego e-booka do pobrania tu.

Informacja na fejsie tu.

Żywot doktoranta na dużym ekranie

Sprawozdanie z dyskusji po pokazie „The PhD Movie”

26. kwietnia w audytorium Starej Biblioteki UW zorganizowaliśmy pokaz „The PhD Movie” oraz dyskusję na temat sytuacji polskich doktorantów. Frekwencja przerosła nasze oczekiwania, film – jak wnosimy z gromkich braw po projekcji – spełnił oczekiwania widzów, a dyskusja nieoczekiwanie się przedłużyła, co chyba świadczy na jej korzyść.

Kliknij, by zobaczyć więcej zdjęć z wydarzenia

Pierwszy pokaz ekranizacji PHD Comics, filmu o doktorantach nakręconego przez nich samych, jak łatwo się domyślić, znacznie odbiega w formie i treści od raportów i badań na temat szkolnictwa wyższego. Mimo to ta lekka i pełna dowcipu opowieść okazała się dobrym punktem wyjścia do dyskusji o poważnych sprawach. Skupiła jak w soczewce troski, obawy, źródła cierpienia i radości doktoranckiego życia, a stąd już tylko krok do podjęcia problemu ich przyczyn, od którego, z kolei, leży bardzo blisko rozległy temat pożądanej organizacji systemu nauki.

Tematy te w dyskusji panelowej prowadzonej przez Magdalenę Małecką naświetlały dr hab. Małgorzata Jacyno z IS UW, dr Izabela Wagner z IS UW, Dorota Kondiuch z Rady Samorządu Doktorantów ISD SWPS oraz Magdalena Osial z Samorządu Doktorantów UW i WCh UW. Izabela Wagner przedstawiła różnice pomiędzy polskim i amerykańskim przebiegiem kariery naukowej. W swoich wypowiedziach wielokrotnie podkreślała instytucjonalne uwarunkowania sukcesu naukowego. Małgorzata Jacyno mówiła o sytuacji doktorantów z perspektywy kulturowej, zastanawiając się dlaczego mimo wielu ekonomicznych trudności stają się raczej subkulturą niż grupą jasno artykułującą swoje interesy. Zwróciła również uwagę na kurczącą się autonomię uniwersytetu – rozliczanie tej instytucji z rozmaitych pożytków, jakie w myśl ostatnich reform w Polsce i Europie ma przynosić, stoi w sprzeczności z ideą akademickiej wolności i niekoniecznie sprzyja twórczej pracy. Dorota Kondiuch opowiedziała o sytuacji doktorantów na uczelniach prywatnych – o piszących doktoraty po osiągnięciu znaczących sukcesów zawodowych, o wcale sporych możliwościach stypendialnych i perspektywach kariery naukowe. Magdalena Osial rzuciła więcej światła na specyfikę dziedzin ścisłych, opowiadając o rygorach i trudach badań laboratoryjnych, o konkurencji i współpracy wśród naukowców. Padło wiele pytań i komentarzy z sali, dotyczących specyfiki różnych dyscyplin, problemów finansowania nauki, przeszkód i niewiadomych na ścieżce doktoranckiej kariery, rozczarowań i satysfakcji, a także – samego filmu. Gdyby twórcy The PhD Movie byli na dyskusji, zdecydowaliby się pewnie nakręcić polski sequel. I chyba nie byłby to film o subkulturze, tylko o nieco zdezorientowanych młodych ludziach starających się, mimo wszystko, skończyć to, co zaczęli.

Pragniemy podziękować panelistkom, widzom, słuchaczom, dyskutantom z sali oraz wszystkim, którzy pomogli nam zorganizować projekcję. Dziękujemy również naszym sponsorom, bez których nie zrobilibyśmy ani kroku: Szkole Nauk Społecznych PAN, Instytutowi Socjologii UW, Instytutowi Stosowanych Nauk Społecznych UW, Wydziałowi Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW.

Nagranie z  dyskusji: tutaj.

(właściwy link to napis przy granatowej strzałce zaczynający się od "Click here to start download").

Warsztat badawczy IBNOU zakończony – rusza fieldwork!

W dniach 27-28 kwietnia 2012 w Warszawie odbył się intensywny warsztat badawczy Inicjatywy Badawczej NOU, na którym spotkały się zespoły z Warszawy, Gdańska i z Bydgoszczy.

Wkrótce otwarcie!

W trakcie warsztatu udało się przeformułować koncepcję badania i pracy nad raportem, przedyskutować schematy zróżnicowania celowej próby jakościowej, harmonogram badania i scenariusze wywiadów, ustalić zasady współpracy między zespołami lokalnymi i, last but not least – poznać się lepiej nawzajem. Ważną częścią warsztatu była także dyskusja nad zastosowaniem wybranych przez nas technik prowadzenia wywiadów do specyfiki środowiska akademickiego (zwłaszcza dyscyplin przyrodniczych i technicznych – mniej znanych z codziennego doświadczenia członkom i członkiniom zespołu). Warsztat prowadzili: dr Izabela Wagner (IS UW), dr Sylwia Urbańska (IS UW) i Piotr Szenajch (SNS PAN).

Warsztat odbył się dzięki mikrodotacji Związku Nauczycielstwa Polskiego. Za pomoc organizacyjną bardzo dziękujemy Pani Dorocie Obidniak z ZNP.

Więcej informacji o naszym badaniu polskiego uniwersytetu w zakładce Badanie.

The PhD Movie – pokaz filmu i dyskusja o doktorantach w Polsce

Inicjatywa Nowe Otwarcie Uniwersytetu (NOU) serdecznie zaprasza na pierwszy polski pokaz filmu „The PhD Movie” połączony z dyskusją o doktorantach.

Czas: 26 kwietnia 2012 r. (czwartek), godz. 18:00
Miejsce: Audytorium starej Biblioteki Uniwersyteckiej na Kampusie Głównym UW

PhD Comics

„The PhD Movie” jest pełnometrażowym filmem twórców popularnego amerykańskiego komiksu o doktorantach (www.phdcomics.com), który w humorystyczny sposób porusza problemy, z jakimi muszą oni sobie radzić w pracy naukowej i życiu codziennym.

Po pokazie filmu odbędzie się dyskusja panelowa o sytuacji doktorantów w Polsce. Gośćmi panelu będą:

dr hab. Małgorzata Jacyno (IS UW)
dr Izabela Wagner (IS UW)
Dorota Kondiuch (Rada Samorządu Doktorantów ISD SWPS)
Magdalena Osial (Samorząd Doktorantów UW, Wydział Chemii)

Dyskusję moderować będzie Magdalena Małecka z NOU.

Pokaz filmu oraz dyskusja organizowane są przez inicjatywę Nowe Otwarcie Uniwersytetu przy współpracy z Samorządem Doktorantów UW i z Radą Samorządu Doktorantów ISD SWPS.

Sponsorami wydarzenia są:
Szkoła Nauk Społecznych PAN, Instytut Socjologii UW, Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW, Wydział Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW.

Informacja o gościach panelu:

Dr hab. Małgorzata Jacyno zajmuje się socjologiczną analizą współczesnej kultury i zmieniającymi się rolami, jakie pełni w niej wiedza. Jest autorką m. in. „Iluzji codzienności” oraz „Kultury indywidualizmu”.

Dr Izabela Wagner od lat bada środowiska polskich naukowców-migrantów pracujących w najważniejszych ośrodkach akademickich świata, pracowała m. in. na Harvardzie i w paryskim EHESS, jest autorką książki „Becoming Transnational Professional. Kariery i mobilność polskich elit naukowych”.

Dorota Kondiuch jest doktorantką na Wydziale Psychologii SWPS, przewodniczącą Rady Samorządu Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich SWPS oraz przedstawicielką Rady w Warszawskim Porozumieniu Doktorantów.

Magdalena Osial jest doktorantką na Wydziale Chemii UW, działa w Samorządzie Doktorantów UW oraz w Kole Naukowym Doktorantów „Grafen”. Popularyzatorka nauk ścisłych oraz pasjonatka chemii.

Film wyświetlany w języku angielskim, z polskimi napisami.

Wstęp wolny.

Notatka prasowa tutaj.           Na fejsbuku tutaj.

Podsumowanie konferencji NOU 2011

W dniach 17-18 czerwca 2011 roku studenci, doktoranci, pracownicy naukowi, wszyscy żywo zainteresowani problemami polskiego szkolnictwa wyższego i nauki spotkali się na ogólnopolskiej konferencji naukowej Nowe Otwarcie Uniwersytetu zorganizowanej przez Samorząd Szkoły Nauk Społecznych przy IFiS PAN.

Zobacz więcej zdjęć z konferencji NOU

Konferencja rozpoczęła się dyskusją panelową zatytułowaną „O czym w debacie o reformie się nie mówi?” z udziałem Izabeli Wagner i Anny Dzierzgowskiej. Wygłoszone referaty oraz intensywne dyskusje toczone do późna w ciągu dwóch dni konferencji można by pogrupować w następujące wątki tematyczne: dyskursywne konteksty polskiej reformy, organizacja i finansowanie studiów oraz poszczególnych etapów kariery naukowej, alternatywne formy działalności akademickiej (wystąpienia przedstawicieli Wolnego Uniwersytetu Warszawy i Uniwersytetu Krytycznego Krytyki Politycznej), czy wreszcie temat zaangażowanego działania studentów i pracowników naukowych na rzecz przemian współczesnej formuły uniwersytetu.

Gdyby zapytano uczestników konferencji, czy uniwersytet potrzebuje zmian, powiedzieliby, że tak. Jakich? Tu pewnie jednomyślności by zabrakło, choć wśród referentów panowała względna zgoda co do tego, iż wdrażana obecnie reforma szkolnictwa wyższego nie jest dobrą odpowiedzią na wyzwania stojące dzisiaj przed uniwersytetami. „Ale jak krytykować reformę, nie mitologizując status quo?”, zapytywała jedna z uczestniczek, wyrażając przy tym krytyczne ambicje bodaj wszystkich dyskutantów. W czasie konferencji pojawiło się wiele inspirujących odpowiedzi na tę wątpliwość, lecz, jak to zwykle bywa, najłatwiej streścić je w formie pytań. Sami uczestnicy konferencji zrobili tak właśnie podczas sesji podsumowującej spotkanie.

Pytania dotyczyły przede wszystkim misji uniwersytetu. Czy dziś nadal może on być miejscem, w którym jednocześnie uprawia się naukę, kształci studentów i nadaje ton kulturze? Czy da się pogodzić te funkcje w ramach jednego organizmu? Co z nowymi wyzwaniami, stojącymi przed tą instytucją? Czy uniwersytet powinien wziąć na siebie zadania, które wyznaczają mu strategie rządowe i unijne? Czy współpraca z gospodarką powinna być dla uniwersytetu sprawą priorytetową? Na czym polegać powinna jego publiczna misja w nowoczesnych demokracjach? Do czego zobowiązuje prestiż, którym instytucja uniwersytetu wciąż się cieszy?

Nie brakowało też wątpliwości natury poznawczej. Co – czyje działania, zasoby i interesy – składają się dziś na to, co nazywamy uniwersytetem? W jakiej mierze jest to instytucja autonomiczna i samorządna, a w jakiej podległa wobec rynku czy administracji rządowej? Z czyjej perspektywy o uniwersytecie zwykle się mówi i jakich perspektyw w dyskusjach o nim wyraźnie brakuje? O czyich działaniach i zasobach decyduje rząd, reformując uniwersytet, kto na tym traci, a kto może zyskać?

Rozmawialiśmy też o „pracy u podstaw”: o tym czego brakuje w programach nauczania, jak przygotowywać pracowników do prowadzenia dydaktyki, jak wspierać ich w pracy naukowej i jak ją finansować.

Mimo iż nie brakowało na sali tęgich głów i zapału do dyskusji, jedno z kluczowych pytań pozostało bez odpowiedzi. Dlaczego środowisko akademickie tak późno zainteresowało się reformą szkolnictwa wyższego? Dlaczego dopiero po fakcie? Nie chcemy miotać oskarżeniami – ostatecznie i my zorganizowaliśmy konferencję, gdy znowelizowana ustawa o szkolnictwie wyższym została już uchwalona. Mamy nadzieje, że zachęciliśmy uczestników konferencji do prób odpowiedzi na to i inne nurtujące nas pytania o współczesny uniwersytet.